niedziela, 14 stycznia 2018

Obłaskawianie rzeczywistości - "Rzeczy, których nie wyrzuciłem", Marcin Wicha /recenzja/


Rok wydania: 2017
Ilość stron: 198


Rzeczy, których nie wyrzuciłem to osobisty tomik, który jest hołdem dla zmarłej Matki. Autor ilustruje swoje relacje z Matką, a jednocześnie się z nią żegna. Wspomnienie o Niej miało pomóc w dojściu do ładu z poczuciem straty, ale jak wynika z treści książki – spełniło również inne funkcje. Ponieważ w całej lawinie przedmiotów, które pozostały po Matce (i którymi trzeba jakoś rozdysponować) brakuje Jej fotografii - książka stanowi w pewnym sensie zadośćuczynienie w tym względzie, uzupełnia rodzinny album o jej portret. Zadanie nie było łatwe. Autor mógł o Matce napisać wyłącznie w szczególny sposób. Książka jest poświęcona osobie, która była wyczulona na precyzję języka. I nie mam na myśli wyłącznie formy. Bohaterka książki od zawsze była rzeczniczką prawdy, także tej niewygodnej (nawet w czasach, gdy mówienie wprost nie było całkiem bezpieczne), więc jeżeli autor chciał, by duch Jego Matki unosił się nad książką – musiał podporządkować się Jej zasadom i nazywać rzeczy po imieniu. Zapewne dlatego jesteśmy świadkami nie tylko rodzinnych historii i anegdot, ale również zaskakująco intymnej sceny finalnej.

Narrator opisuje bolesne i niewdzięczne zadanie. Musi uprzątnąć mieszkanie z pamiątek po Matce i począć coś z jej osobistymi rzeczami. Ale najpierw, póki jeszcze wszystkie przedmioty tkwią na swoim miejscu, dopóki tworzą znajomą konstelację – spogląda na nie po raz ostatni. Stanowią przecież swoistą mapę wspomnień, opowiadają nie tylko o Matce i Ojcu, świadczą również o świecie, który ukształtował autora. Książka Wichy to szkatułka - podczas lektury otwieramy przegródki, w których ukryte są rozmaite wspomnienia. W jednej z wielu skrytek – wyborny opis biblioteki Rodziców. To w zasadzie esej o książkach i księgozbiorach, o okolicznościach ich zdobywania. Esej jest wielowarstwowy (i to dosłownie), bo autor przekopuje się przez półki i brnie przez serie i kolekcje, jak  przez geologiczne warstwy ziemi – opowiada ze swadą o „epokach” wydawanych książek, uczy je rozpoznawać nie tylko po tytułach, ale również według rodzaju papieru i wzornictwa. Pochyla się również (w roli dociekliwego recenzenta-detektywa i demaskatora) nad ulubioną lekturą Matki...  

Książka Marcina Wichy oferuje o wiele więcej, niż możemy się spodziewać po jej niewielkich rozmiarach. Nie jest przegadana, bo autor zna wagę słów. Nie jest skupiona wyłącznie na jednym temacie, ponieważ autorowi udało się stworzyć nie tylko portret Matki i kronikę rodzinną, ale również portret pokolenia, któremu przyszło mierzyć się z powojenną traumą. Książka utrzymana jest w stylu gawędziarskim, a wśród opowiastek rodzinnych i rozmaitych refleksji ukryte jest przesłanie o sile kryjącej się w umiejętności ubierania swoich wrażeń w słowa i o sztuce wyrażania (umiejętności opisania) rzeczywistości.  Autor wyniósł ze swego domu przekonanie, że biegłość posługiwania się słowami – to „tarcza” , a jednocześnie „sposób” na okiełznanie świata. Zatem książka Rzeczy, których nie wyrzuciłem – jest „okiełznaniem” żałoby, ale specyficznym, przedstawionym bez sentymentalizmu i bez eufemizmów. I co ważne – bez żałobnego tonu. Wręcz przeciwnie, narracja niepozbawiona jest poczucia humoru*. Ze wspomnień Wichy sączy się jakiś spokój i pokrzepiające spojrzenie w przyszłość. Jakaś wewnętrzną pewność i nakaz, że mimo dramatów (osobistych i narodowych) trzeba iść naprzód, bo życie przypomina balladę Okudżawy. „Co było nie wróci…” śpiewa bard. Ale już w pełnym cudownej magii zakończeniu - obiecuje (bądź wieszczy), że marzenia mają moc sprawczą i że jeśli nie za chwilę i nie od razu, to przecież „już jutro wydarzy się coś**


* „Przez całe lata chciała nabyć bardzo specjalny odkurzacz.Odkurzacz kosztował majątek. Nie sprzedawali go w sklepach. Odkurzacz miał swoich wyznawców, którzy jak świadkowie Jehowy krążyli po domach" - fragm. książki Rzeczy, których nie wyrzuciłem
** Bułat Okudżawa, Aleksander Siergiejewicz Puszkin

9 stycznia br. Marcin Wicha otrzymał Paszport Polityki. Rzeczy, których nie wyrzuciłem nagrodono za „oszczędność języka i bogactwo książki, która mówi o rzeczach najważniejszych: o żałobie, rodzinie, o Polsce i przede wszystkim o słowach i milczeniu”. 



Przeczytane dzięki: Legimi.pl


sobota, 6 stycznia 2018

W PIEKLE WSPOMNIEŃ – „Żar”, Sándor Márai - recenzja




Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumaczenie: Feliks Netz
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 168


„Żar” – to jedna z najsłynniejszych książek węgierskiego pisarza Sándora Máraiego. Zarzucano jej w przeszłości chyba wszystko: teatralność, patos, egzaltację, nadmierne filozofowanie i sentymentalizm, w dodatku autor oparł historię na jednym z najbardziej wyświechtanych motywów literackich. Dziś bez trudu wyłuskamy wszystkie wymienione cechy; rzecz w tym, że jakoś jednak trudno uznać je za słabe strony utworu. Raczej trzeba przyznać z podziwem, że właśnie szczypta tego wszystkiego dała taką kompozycję atmosfery i stylu, że powieść, mimo upływu siedemdziesięciu lat od jej powstania, nie straciła swojej siły rażenia. Autor w pięknym stylu nawiązał do tragedii zemsty (którą do perfekcji opanował Szekspir w Hamlecie), zmusił czytelnika do śledzenia akcji z napięciem godnym dobrze skostruowanego thillera, a magię i tajemniczość jeszcze podkręcił odpowiednią grą niedopowiedzeń. „Żar” nie jest książką dla wielbicieli zawrotnego tempa akcji, a jednak urok z wolna konstruowanej układanki, a zwłaszcza klimat i nastrój (ta wisząca w powietrzu burza, drżące światło sączące się ze świec, dom wypełniony duchami przeszłości i głos starca wydobywający się z mroku – z mroku salonu, ale i z mroku dziejów) powoduje, że powieść jest hipnotyzująca.

Fabuła jest na pozór prosta, to kameralny dramat rozgrywający się między dwójką bohaterów. Miejsce akcji: (tylko pozornie) pałac Generała. Czas akcji: niecała doba (znowu pozornie, ponieważ przyjdzie nam nie tylko przenieść się w czasie, ale również zmienić epokę). W rolach głównych: Generał i Konrad – towarzysze broni, których połączyła przysłowiowa przyjaźń na śmierć i życie. (Generał ma na imię Henryk, ale jakoś nie mogę się przemóc, by tytułować go inaczej, niż oficjalnie). W dramacie występuje jeszcze jedna niezwykle ważna postać: Krystyna. To żona Generała, nieżyjąca już od wielu lat, ale dzisiejszej nocy będzie niemal fizycznie obecna (zupełnie jak Rebecca, tytułowa bohaterka książki Daphne du Maurier).

Generał jest samotnikiem i odludkiem, który nie udziela się towarzysko, ale kiedy otrzymuje wiadomość o przyjeździe byłego przyjaciela, który kilka dziesięcioleci spędził za granicą – błyskawicznie podejmuje decyzję, by go ugościć. Wydawać by się mogło, że nie ma nic naturalniejszego w świecie… To jednak nie będzie zwyczajna wizyta. Bardzo szybko przekonamy się, że cała sytuacja nie jest zwyczajna. Wysyłając powóz po swojego gościa – gospodarz nie tylko robi wyłom w swojej rutynie – okazuje się, że nasz Generał przez długie lata nie robił nic innego i o niczym innym nie myślał – tylko przygotowywał się właśnie do tego spotkania. Ba!, wyreżyserował je w najdrobniejszym szczególe… Nie możemy powiedzieć, że gość zjawia się nieoczekiwanie, co to, to nie! Ten szczególny gość jest wyczekiwany dokładnie od czterdziestu jeden lat. Wkrótce rówież przekonamy się, że dom Generała to nie pałac. To szczególnego rodzaju...skansen.

Dlaczego zjawia się Konrad i czego chce od niego Generał? Domyślamy się, oczywiście od samego początku, a jednocześnie obserwowanie docierania do sedna stanowi największą przyjemność lektury, więc nie zamierzam całkowicie psuć zabawy. Jesteśmy zaproszeni do domu pełnego duchów przeszłości i do stołu Generała, więc przez kilka godzin (przyjęcie przeciąga się do świtu) będziemy świadkami dziwnego i pełnego napięcia spektaklu, który po trosze jest zwyczajną kolacją, a po trosze przedstawieniem (a może raczej eksperymentem procesowym, a nawet rozprawą sądową?)... Generał sprawia, że przenosimy się w odległą przeszłość, poznajemy relacje naszych bohaterów, a także wydarzenia, które odmieniły ich losy. Gospodarz hipnotyzuje swoją opowieścią, a jego gładkie słowa i maniery mają zamaskować misternie tkaną pajęczą sieć… Wkrótce już sami będziemy gotowi, by wydać wyrok. Ale czy rzeczywiście? Kogo (i co) tak naprawdę osądzamy?

Fenomen tego utworu polega m.in. na tym, że autorowi udało się uchwycić wydarzenia w dwóch warstwach – zewnętrznej i wewnętrznej, a ich zestawienie jest piorunujące. W zasadzie oglądamy dwa różne spektakle. W jednym, tym zewnętrznym – toczy się gładka rozmowa, oglądamy dwójkę byłych przyjaciół/rywali, którzy zakładają światowe maski i przesadnie wręcz dbają, by w najmniejszym stopniu nie uchybić prawu gościnności i zasadom savoir vivre’u. Po tym, co się wydarzyło w przeszłości ta wystudiowana uprzejmość wydaje się wręcz nieludzka. Drugi spektakl – ten, który jest zaledwie delikatnie zasugerowany (a który przecież pulsuje z tym większą siłą) – jest w zasadzie zaprzeczeniem pierwszego. Tu nie ma miejsca na maski i pozory. Wewnętrzna warstwa pozwala nam zobaczyć i odczuć kumulujące się emocje naszych bohaterów.

Książka Sándora Máraiego to literacka perełka i majstersztyk. Fabuła jest pozornie prosta, a przecież dość przewrotna. Nie dziwią nawet nierówno nakreślone postaci bohaterów. Cóż dziwnego, że najlepiej poznajemy Generała (jego gość staje się coraz bardziej enigmatyczny, z czasem także blednie sylwetka Krystyny). Przecież relację poznajemy wyłącznie z jednej strony, a Generał jest tak bardzo skupiony na sobie! A zakończenie? Jest zasugerowane od samego początku, a jednak wprawia w konsternację. Po przemyśleniu nie możemy jednak nie przyznać, że w gruncie rzeczy… Generał po prostu zrobił dokładnie to samo, co Konrad… Zakończenie nie będzie jedynym powodem do rozmyślań, bo przecież musimy jeszcze odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Co z żoną Generała? Kto z całej trójki postąpił najbardziej okrutnie? A co ze zbrodnią? Była czy jej nie było? I czym tak naprawdę jest tytułowy „żar”? Czy tylko resztkami dogasającego ognia w kominku, w którym tlą się szczątki starego pamiętnika? Spopieloną pozostałością po przyjaźni? A może jest jedynym  paliwem człowieka, który przez połowę swego życia pragnie „zemsty” lub tylko „prawdy” (chociaż w tym wypadku to synonimy)? I o czym naprawdę jest ta książka? Opowieścią o zdradzonej przyjaźni? Nostalgią za upadłym imperium? A może jednak - historią odbierającej chęć życia i wypalającej do cna obsesji?




Przeczytane dzięki: Legimi.pl






czwartek, 28 grudnia 2017

Obrona Szostakowicza. "Zgiełk czasu" Julian Barnes - recenzja



„Sztuka to szept historii, który wzbija się ponad zgiełk czasu”

„Sarkazm był niebezpieczny dla tego, kto go stosował: dawało się nim rozpoznać język szkodnika i sabotażysty. Ale ironia (…) pozwala zachować to, co cenne, nawet wtedy, gdy zgiełk czasów stawał się tak głośny, że wybijał szyby w oknach”

„W stalinowskiej Rosji były tylko dwa rodzaje kompozytorów: żywi zastraszeni oraz martwi”

- fragmenty powieści Zgiełk czasu


Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Dominika Lewandowska-Nowak
Liczba stron: 224
ISBN: 978-83-8031-587-7



Julian Barnes – współczesny pisarz uznany za czołowego brytyjskiego postmodernistę – dzisiaj coraz mniej eksperymentuje z formą, natomiast nie tylko nie rezygnuje ze swej typowej „barnesowskiej ironii”, raczej posługiwanie się nią doprowadza do mistrzostwa. Ironia stała się częścią jego literackiej natury, jest więc jedną z rozpoznawalnych cech jego stylu, a zarazem pisarz uczynił z niej integralną część opowiadanych historii. Ironia jest duchem jego opowieści. Poczucie kresu (nagrodzona Bookerem w 2011 roku) - to książka o ironii losu. W najnowszej powieści  – ironia została wykorzystana jeszcze inaczej – jest kluczem do zrozumienia fenomenu wybitnego twórcy. Zgiełk czasu jest historią kompozytora żyjącego w czasach stalinowskiego terroru, który z ironii uczynił swoją tarczę ochronną:  za jej pomocą okpił władzę i uratował swoją sztukę. Tym kompozytorem jest Dymitr Szostakowicz. Julian Barnes stworzył fikcyjny dziennik genialnego twórcy, by uzmysłowić co dzieje się w sytuacji, gdy artysta (doskonale świadomy swojej misji) staje się zakładnikiem swoich czasów, a Sztuka spotyka się z Tyranią.

Dymitr Szostakowicz to jeden z najwybitniejszych rosyjskich twórców XX wieku, który przez lata wzbudzał (i nadal wzbudza) skrajne emocje. Dla jednych jest kompozytorem, który pozwolił wykorzystać siebie i swoją muzykę do celów ideowo-programowych, dla innych – pozostaje symbolem artysty, któremu sowiecki system nie zdołał złamać ducha. Julian Barnes oparł swoją książkę na tych sprzecznościach. Uwięził czytelnika w umyśle Szostakowicza, dzięki czemu poznajemy nie tylko jego biografię, ale przede wszystkim jego wewnętrzną walkę wynikającą ze strachu o życie i z poczucia misji, do której był powołany. W pewnym sensie książka jest spowiedzią człowieka, który w końcu się złamał - jednak nigdy nie zdradził swojej sztuki. To także obraz przerażającej epoki i studium człowieka zniewolonego, który próbuje ocalić resztki godności, aż w końcu przestaje mieć nadzieję, że koszmar kiedykolwiek się skończy.

Książka nie jest napisana w formie klasycznego dziennika, w swojej konstrukcji raczej przypomina dramat – sztukę w trzech aktach (a może raczej budowę klasycznego koncertu). Poznajemy artystę w trzech okresach jego życia, w trzech epizodach, nawet w równo od siebie oddzielonych interwałach. Każda z części to niemal klaustrofobiczna scena: pod windą, w samolocie i w samochodzie. W każdej z nich przyglądamy się Szostakowiczowi w skrajnie trudnych dla niego momentach. To tego typu chwile, w których przesuwa się człowiekowi całe życie przed oczami, gdy dokonuje on swoistego rozrachunku. Oto trzydziestoletni kompozytor (u szczytu kariery), którego życie legło w gruzach, ponieważ publiczne potępienie jego dzieła przez towarzysza Stalina może oznaczać wyrok śmierci. Długa jest droga do rehabilitacji i wiele czasu upłynie, zanim artysta i jego rodzina będą mogli zasnąć bez lęku. Kolejna odsłona – Szostakowicz naraża się systemowi, gdy bierze udział w Pokojowym Kongresie w U.S.A. i odnosi niezamierzony sukces za żelazną kurtyną; a przecież jego zadaniem było reprezentowanie myśli sowieckiej, a nie promocja własnej osoby. Ludzie w stalinowskiej Rosji oddawali życie za bardziej błahe przewinienia. I wreszcie – w trzeciej części przyglądamy się artyście, który nie obawia się już o życie, ale jest świadomy, że popełnił „moralne samobójstwo". Jest to obraz człowieka, który dożył czasów odwilży tylko po to, by przekonać się, że władza, co prawda, nie szantażuje śmiercią, ale dając pozory większej swobody i wolności – potrafi jeszcze mocniej upodlić.  

Dzięki błyskotliwemu stylowi Barnesa - jego książka, mimo minorowej tematyki, nie jest przytłaczająca ani ponura. Opowiedziana jest w sposób oryginalny: opowieść stanowi po trosze dziennik i monolog wewnętrzny głównego bohatera. Jeśli się zastanowić, to dojdziemy do wniosku, że historia zna analogiczne sytuacje i utwory. W podobnym zamierzeniu przecież powstała  Obrona Sokratesa. Nie o formę, rzecz jasna, tu chodzi, lecz o koncept. Dzieło Platona jest rzekomą relacją z autentycznego przebiegu mowy obronnej podczas procesu, ale równie dobrze możemy potraktować ją jako kreację literacką - monolog wewnętrzny Sokratesa zbudowany z zapamiętanych fragmentów mowy obronnej, a może w ogóle tylko z dobrze przecież znanych Platonowi poglądów i perypetii swego wielkiego nauczyciela. Tak czy inaczej – Obrona Sokratesa – jest hołdem i kunsztowną argumentacją przeprowadzoną dla zrehabilitowania Mistrza. Dokładnie taką samą rolę pełni Zgiełk czasu Juliana Barnesa, przy czym Platon odlał posąg ze spiżu, Barnes zaś nie miał zamiaru wynosić swojego bohatera na piedestał.



Przeczytane dzięki: Legimi.pl




sobota, 23 grudnia 2017

Literacki żywioł reportażu "Zobaczyć - Opisać - Zrozumieć. Polskie reportaże literackie o rosyjskim imperium", Monika Wiszniowska - recenzja




Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego
Katowice, 2017
Liczba stron: 208
ISBN: 978-83-226-3230-7



Literacki żywioł reportażu


Monika Wiszniowska, doktor nauk humanistycznych i literaturoznawczyni, jest specjalistką z zakresu literatury niefikcjonalnej, autorką publikacji krytycznoliterackich analizujących twórczość polskich „opowiadaczy świata” XX i XXI wieku (felietonistów, eseistów i reportażystów) oraz omówień polskiego reportażu współczesnego. Omawiana książka to naukowy wywód mający ustalić miejsce reportażu w literaturze. Zapewne stanowi ona również odpowiedź na refleksję Wojciecha Tochmana o braku profesjonalnej krytyki w tym zakresie oraz reakcję na gorące dyskusje dotyczące dopuszczalnej proporcji faktów i literatury w reportażu, wywołanych przez książkę Artura Domosławskiego o biografii i twórczości Ryszarda Kapuścińskiego.

Temat przewodni (rosyjskie imperium) jest kluczem, który pozwolił prześledzić gatunek od momentu jego narodzin aż po współczesność; sprowadził badany materiał do wspólnego mianownika i umożliwił wydobycie najistotniejszych cech polskiego reportażu. Autorka nie odczuwa bezwzględnej potrzeby tworzenia nowych definicji, opiera się raczej na dorobku (dyskursie) naukowców, ale w celu doprecyzowania roli badanego gatunku proponuje wprowadzić czytelne i podparte naukowymi argumentami zasady podziału na dwie kategorie: reportaż publicystyczny i literacki. Celem opracowania jest dokonanie analizy tekstów, które spełniają wymogi reportażu literackiego. Jedną z głównych idei książki jest udowodnienie, iż „żywioł literackości” jest świadomie stosowaną przez reportażystów techniką porozumiewania się z czytelnikiem, a jednocześnie owa „literackość” sprawia najwięcej interpretacyjnych problemów.

Książka Wiszniowskiej to kompendium wiedzy na temat reportażu. Opracowanie składa się z kilku części. Pierwsza – teoretyczna – dotyczy historii wyodrębniania się gatunku i ustalenia jego miejsca w polskim piśmiennictwie (poznajemy jego funkcje i cele oraz cechy ułatwiające klasyfikację). Część druga przedstawia proces kształtowania się reportażu w kontekście historycznym (to geneza wybranych dzieł i ich teoretycznoliteracka wykładnia). W kolejnych częściach ze zbioru wszystkich tekstów badaczka wydobywa ogólne metody, którymi posługują się reportażyści, by uchwycić fenomen rosyjskości. Zastanawia się nad naturą stereotypu, jego pozytywnymi i negatywnymi konotacjami. Uzmysławia, jak ważne w reportażu jest „spotkanie” z żywym człowiekiem, śledzi, w jaki sposób twórcy realizują własną drogę „ku Innemu” i analizuje, czego polscy czytelnicy szukają w „rosyjskim lusterku”. Zwraca również uwagę na etyczny wymiar pracy reportażysty i uświadamia, jak istotnym i karkołomnym wyzwaniem jest obecność narratora w reportażu. Nie tylko otwarcie wskazuje, jak wiele łączy reportaż literacki z innymi gatunkami, lecz także udowadnia, że utrzymywanie międzygatunkowych podziałów mija się z celem. Dowodzi, że przekraczanie granic literackich umożliwia reportażyście znalezienie odpowiedniej formy artystycznego wyrazu, a przede wszystkim stanowi warunek konieczny, by omawiany przez niego problem nabrał wymiaru uniwersalnego, a reportaż oparł się próbie czasu.


Książka jest nie tylko owocną próbą skonstruowania modelu, jakim jest reportaż literacki, ale również odpowiedzią na pytanie o współczesny fenomen jego popularności (badaczka analizuje czynniki decydujące o jego sukcesie). Dopiero po zgłębieniu lektury zdajemy sobie sprawę, jak głęboko przemyślany był wybór tematu i jak wielopiętrową analizę materiału umożliwił. Autorka uświadamia, czego od zawsze oczekiwano od reportażystów i jakim kodeksem muszą się oni kierować. Dzięki temu możemy sobie zdać sprawę, że w zgiełku rosnącego medialnego chaosu reportaż literacki stał się źródłem wiedzy, które budzi największe zaufanie.



Recenzja opublikowana w:FA/12/2017



wtorek, 19 grudnia 2017

Zapasy z Bykiem Mrozu – Książka o Jakucji i Jakutach i o śladach polskich zesłańców. „Jakuck. Słownik miejsca” - Michał Książek /recenzja/



„W Jakucku zaledwie minus trzydzieści, a widok jak ze szkła. Wystarczy krzyknąć, albo trzasnąć drzwiami, a świat stłucze się niczym akwarium, a kryształowy lazur prześwitującego kosmosu pokruszy się w drobny mak. Czy to samolot z Tiksi leci na południe, czy rysa pierwszego pęknięcia już przekreśliła niebo? Jeśli w taki czas nieopatrznie wysunąć nos spod uszanki, można go dotkliwie odmrozić, dłoń czy palec wyjęte z rękawicy skaleczy byle podmuch. Płuc w nic nie można ubrać, więc każdy oddech to cios nożem. Wdychasz ostrze za ostrzem, zazdroszcząc reniferom skomplikowanej budowy jamy nosowej”.

„Fenomenologia mówi, że spojrzenie dostarcza danych, z których dopiero sami tworzymy widok. Wpatruję się w zakwefiony Jakuck w poszukiwaniu dachów, półpięter, ścian i z największym trudem powołuję miasto do bycia. W smogu jest to bardzo trudne, bo miejsce najwyraźniej nie zamierza istnieć, gdzieś znika. Nie ma z czego zrobić widoku.”

- Michał Książek, fragmenty książki


Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2013
Gatunek: reportaż literacki
Ilość stron: 248
ISBN: 9788375364989




Michał Książek czerpiąc wzorce od najlepszych polskich reportażystów, ale również kierując się własnymi różnokierunkowymi pasjami i wykształceniem  (jest kulturoznawcą, poetą, a także przyrodnikiem, ornitologiem, podróżnikiem i przewodnikiem) – stworzył niezwykłą książkę. Napisał o Jakucji i jej mieszkańcach, a sposób w jaki to zrobił i forma, jaką nadał opracowaniu sprawiły, że Jakuck. Słownik miejsca znacznie wykracza poza standardowe podróżnicze sprawozdania.
 
Jakuck to miasto we wschodniej Syberii, położone nad Leną. Jest stolicą republiki, a zarazem miejscem jedynym w swoim rodzaju, bo w tej krainie (dziesięciokrotnie większej od Polski) tak naprawdę niewiele jest miast. Początki Jakucka sięgają 1632; miasto rozrosło się wokół warownej kozackiej twierdzy, a przetrwało, ponieważ stało się ważnym punktem na kupieckim szlaku. W mieście (jak i w całej Jakucji) panują ekstremalnie surowe warunki: podczas długiej, dziewięciomiesięcznej zimy temperatura spada nawet do -60o C, a ciepłe (czasem gorące) lato jest zbyt krótkie, by ziemia, która tworzy wieczną zmarzlinę – mogła kiedykolwiek roztajać. Kiedy na Syberię zaczęto deportować polskich zesłańców politycznych – wielu z nich osiedlono właśnie w okolicach Jakucka. Niekoniecznie bezpośrednio w mieście (Jakuck był raczej szczytem ich marzeń); natomiast reportażysta szukający wspomnień o zesłańcach – na ich ślady (a nie tropy!) mógł trafić wyłącznie w Jakucku – w jego przepastnych bibliotekach i archiwach. Michał Książek napisał reportaż, w którym przedstawił współczesny i historyczny Jakuck; opisał życie, zwyczaje i mentalność Jakutów – ich przeszłość, ale również mozolny proces odzyskiwania tożsamości po upadku ZSRR; wreszcie wspomina zesłanych Polaków - zwłaszcza tych, którzy zapisali się we wdzięcznej pamięci mieszkańców, a tym najbardziej zasłużonym (Wacławowi Sieroszewskiemu i Edwardowi Piekarskiemu) dedykuje swoją książkę i składa hołd. Można powiedzieć, że duch Sieroszewskiego i jego dzieła przenika reportaż Książka, a dzieło Piekarskiego pozwoliło autorowi znaleźć klucz do sposobu przekazania opowieści.

Michał Książek jest na tyle wytrawnym literatem, że nie ogranicza się do suchych faktów, raczej chce, byśmy poznali miejsca związane z pobytem Wacława Sieroszewskiego (twórcy najwybitniejszego dzieła o Jakutach) w szczególny sposób: przenosi czytelnika w czasie, pozwala mu spojrzeć na Jakuck oczami byłych zesłańców i doświadczyć (niemal na własnej skórze) mrozu, który nie atakuje, ale zwala z nóg. Pozwala również zrozumieć czym dla ludzkiej psychiki jest permanentny kontakt z pustą, ciągnącą się w nieskończoność przestrzenią i z wszechogarniającą depresyjną śnieżną bielą.

Styl Książka jest tak obrazowy i sugestywny, że bez trudu nawet bez fotografii (w wersji e-bookowej ich w każdym razie nie ma) – łatwo sobie można wyobrazić wspaniały i okrutny krajobraz Jakucji, a także szczegółową topografię Jakucka i należycie rozumieć ścisły związek mieszkańców z potężną, niebezpieczną i czasem kapryśną rzeką Leną. Autorowi również udało się uchwycić przemianę tego szczególnego miejsca. Poznamy jego historyczną zabudowę i prześledzimy proces odzierania miasta z tradycyjnego wyglądu, z całego romantyzmu i folkloru. Michał Książek zachwyca troską o najdrobniejsze detale, dlatego spojrzymy nie tylko na miasto, które dzielnie stawia czoło ciągnącym się po horyzont pustym przestrzeniom, ale też nie przejdziemy obojętnie obok misternej ornamentyki wykorzystywanej w tradycyjnym budownictwie; nie umknie naszej uwadze również sztukateria i glazura, którą mróz tworzy na murach z lodu i szronu.

Na początku każdego rozdziału poznajemy kilka jakuckich słów, które pobudzają autora do refleksji lub z których wysnuwa swoje sugestywne obrazy (reportażysta nie ogranicza się sztywno do wokabularza, stale ma jakieś jakuckie słówko na podorędziu). W ten sposób nie tylko oddaje hołd Edwardowi Piekarskiemu (badaczowi Syberii, lingwiście, autorowi Słownika Jakuckiego Języka). Michał Książek musiał czuć intuicyjnie, że użycie wyłącznie polskich słów i pojęć dla uchwycenia skali pewnych zjawisk – byłoby często po prostu niewystarczające. W ten sposób także zwrócił naszą uwagę na ścisły związek brzmienia poszczególnych słów z konkretnymi zjawiskami naturalnymi. Udowodnił, że budowa poszczególnych języków jest zawsze związana z warunkami, w których żyje konkretne społeczeństwo.

Wspaniały reportaż, polecam!

***

 Kilka fragmentów z wokabularza Michała Książka:

„Przestrzeń nazywają Jakuci kujaar. Niepokoi mnie, że tak samo jak szaleńca”

Olootoo – patrzeć w dal”

 „Tymnyy – mróz i chłód zarazem. Mróz po Jakucku nie nastaje czy przychodzi, jak choćby w języku polskim – tylko spada. Jak śnieg, deszcz, nieszczęście lub uderzenie. Jest więc zjawiskiem atmosferycznym równie odczuwalnym jak grad albo ulewa”

 „Tong – marznąć i zamarzać zarazem. Jakby już w samym czasowniku marznąć ukryte było ostrzeżenie przed śmiercią”

 „Balaghan – zdaniem autorów leksykonu Iz istorii ruskich słow – jakuckie słowo balaghan jest rzeczownikiem tunguskim i oznacza dom albo szałas myśliwski. Miejsce życia. U Czukczów balaghan to nazwa małego namiotu (…). W XVII wieku kozaccy i ruscy przejęli ten rzeczownik jako synonim nieporządku i nędzy (…). W jakuckim to słowo do dziś znaczy dom i określa wrzesień. W rosyjskim silnie związane jest z lichą budą, nieporządkiem i brzmi: bałagan. W takiej formie przejęliśmy je od Rosjan”

„Chonoho – wspaniałe słowo. Oznacza gościa, który przybył niespodziewanie i zostaje na noc. Świadczy o niezwykłej gościnności Jakutów. Słowo przez lata używane na wszystkich pięciu jakuckich traktach pocztowych, aktualne do dziś”


Przeczytane dzięki: Legimi.pl 




piątek, 15 grudnia 2017

W jaki sposób płacimy za cywilizację?



„Łuskanie światła” Jędrzeja Morawieckiego (zbiór reportaży, ukazujących społeczeństwo rosyjskie w chwilę po upadku komunizmu) – to jedna z tych książek, po którą od razu chce się sięgnąć – po spotkaniu z opracowaniem: „Zobaczyć – opisać – zrozumieć.  Polskie reportaże literackie o rosyjskim imperium” Moniki Wiszniowskiej. O książce dr Wisznioswskiej będzie odrębny post w przyszłości, dzisiaj tylko kilka słów o jednej z tych pozycji, na które autorka zwróciła uwagę i na których  oparła swoją pracę.




„Łuskanie światła”  jest zbiorem reportaży o dosyć szerokiej tematyce, częściowo poświęconym „mesjaszowi z Syberii” i ludziom, którzy przyłączyli się do sekty Wissariona i przenieśli się do tajgi, by uciec od materialnego świata. W innych rozdziałach autor zdaje relację z podróży koleją Transsyberyjską (i jest to opis utrzymany w znacznie bardziej realistycznym tonie i mniej romantyczny od tego, który znamy z książki Piotra Milewskiego klik). Wśród reportaży znajdziemy również sprawozdanie z pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Kazachstanu (ciekawe doświadczenie, bo relacja nie jest tym razem ukazana z perspektywy Polaków), by zaraz potem poznać refleksje geologów, politologów, matematyków, filozofów i socjologów rosyjskich, którzy spotkali się na kongresie poświęconym globalistyce. Tematyka jest dosyć różnorodna, ale w tym szaleństwie jest metoda. „Łuskanie światła” jest jedną z tych książek, które powstały trochę na przekór (dla przeciwwagi fascynacji Unią) i których autorzy dokonują próby „odczarowania Rosji”.  Reportaże ukazują Rosjan (a w zasadzie obywateli byłego ZSRR) w szczególnym momencie – poznajemy ich przez wniknięcie w „rosyjską duszę” – dosyć zagubioną w nowej rzeczywistości, starającą się poradzić sobie z kryzysem wiary i troską o to, co może przynieść globalizacja. Szczerze mówiąc jest to także obawa samego autora. Jędrzej Morawiecki piszący ze sporą empatią o swoich bohaterach (mieszkających raczej gdzieś na zapomnianych peryferiach, a nie w metropoliach) – niepokoi się, by zbyt intensywne zainteresowanie tymi regionami nie popsuło czegoś delikatnego i kruchego; żeby zbyt liczni zachodni turyści nie przynieśli z sobą i nie zaszczepili miejscowym ludziom swojego zachodzniego zniechęcenia i zmęczenia swoją cywilizacją. 


środa, 13 grudnia 2017

LITERATURA FAKTU - WYDAWNICTWO ZNAK - CO BĘDZIEMY CZYTAĆ W 2018 ROKU - ZAPOWIEDZI CZĘŚĆ II [materiały prasowe]


STYCZEŃ






WOJCIECH JAGIELSKI 
NA WSCHÓD  OD ZACHODU
Premiera: 31.01.2018 r.

Wielki szlak do indii, który hipnotyzuje do dziś
Kamal opuściła Warszawę z jednym plecakiem. Nie chciała dwóch fakultetów, mieszkania i pędu za karierą. Wybrała Indie, kraj, w którym największą wartością jest osiągnięcie duchowej równowagi. Dziś już nie pamięta poprzedniego życia...  Ale ono do niej wraca, ze zdwojoną siłą.
Od cywilizacji Zachodu uciekł też hippis „Święty”. Jego życie to wolna miłość, narkotykowe seanse, religijne komuny i hedonistyczne wspólnoty na Goa. Wszędzie szuka jednego – szczęścia. A ono wciąż mu się wymyka.
Wojciech Jagielski, ceniony reporter wojenny podąża tym razem „wielkim szlakiem hippisów”. Afganistan, Pakistan, Nepal i na końcu Indie. Miejsca duchowej inicjacji, zderzenie z systemem  kast, regiony targane konfliktami zbrojnymi, gdzie pojęcie „wolność” nabiera innego znaczenia.
Najnowsza książka autora Modlitwy o deszcz i Wszystkich wojen Lary to zupełnie nowe spojrzenie na Wschód. To świat widziany oczami tych, którzy gnani chęcią uwolnienia się od zachodniej cywilizacji, docierają w miejsca, gdzie panuje tylko pozorny spokój.


LUTY





ANGELIKA KUŹNIAK, EWELINA KARPACZ-OBOŁADZE   
KRÓTKA HISTORIA O DŁUGIEJ MIŁOŚCI
Premiera: 14.02.2018 r.

Historia miłosna, w którą trudno uwierzyć
Na początku rozmawiali przy użyciu alfabetu Morse’a. Kawałkiem metalu lub zgiętym palcem stukali w dzielącą ich ścianę. Pewnej nocy ona opowiedziała mu całą historię Tristana i Izoldy.
Gdy przeniesiono ich do innych więzień, pisali do siebie listy. W jednym tak Ju pisał do Małej: „Cóż za radość szalona – otrzymałem dwa listy od Ciebie. Dwa nowe strumienie otuchy…”.
Pierwszy raz – bez krat, siatek i zasuw – zobaczyli się na swoim ślubie.
Mała i Ju to pseudonimy konspiracyjne Wiesławy Pajdak i Jerzego Śmiechowskiego – dwojga żołnierzy Polski Podziemnej walczących z niemieckim okupantem. Za działalność niepodległościową po II wojnie światowej zostali skazani na lata stalinowskiego więzienia. Tam właśnie się w sobie zakochali.




MARZEC


MAŁGORZATA SZEJNERT   
WYSPA GENERAŁÓW
Premiera:  14.03.2018 r.

Porządkując stare listy, Małgorzata Szejnert trafia na rodzinną zagadkę. W maju 1943 roku wuj Ignacy Raczkowski został pochowany na cmentarzu w Rothesay, na wyspie Bute. Dlaczego w domu o tym nie mówiono? Czy jego obecność na wyspie mogła być wstydliwa?
Szukając odpowiedzi, reporterka rusza w podróż śladami wuja – do londyńskich archiwów i do Szkocji. Stopniowo odkrywa kłopotliwy epizod II wojny światowej: obóz odosobnienia dla polskich oficerów prowadzony przez polskie władze wojskowe.
Oficerowie mogli grać w brydża, chodzić na potańcówki i uczyć się angielskiego. Bomby nie spadały na Bute. Czasami widma storpedowanych okrętów wpływające do zatoki, przypominały, że nie tak daleko stąd świat płonie. Ale przymusowy pobyt na wyspie przeżywali jako okrutną karę.

Wyspa generałów to przełamująca schematy opowieść  o wojnie, która częściej niż walką bywa wyczekiwaniem. Skrupulatnie odtwarzając wydarzenia sprzed ponad siedemdziesięciu lat, Małgorzata Szejnert opowiada   o naszej sile i bezsilności, o honorze i skazach na nim.  A także o pamięci i niepamięci: osobistej, rodzinnej, zbiorowej. Przede wszystkim jednak kreśli nasz poruszająco aktualny, niepokojący portret własny.