poniedziałek, 19 lutego 2018

Reportaż o miłości - "Krótka historia o długiej miłości", A. Kuźniak, E. Karpacz-Oboładze /recenzja/



Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 192
ISBN: 978-83-240-4125-1



„Krótka historia o długiej miłości” - to opowieść o niezwykłym związku; o miłości, która narodziła się i przetrwała w trudnych warunkach. To reporterski dokument, którego nie trzeba ubarwiać, ponieważ życie samo ułożyło wystarczająco niesamowity scenariusz.

Bohaterowie książki - „Mała” i „Ju” (czyli Wiesława Pajdak i Jerzy Śmiechowski) - to para, która poznała się i związała z sobą w stalinowskim więzieniu, pomyślnie przeszła próbę czasu i oddalenia, by wreszcie spotkać się (już na wolności) i przeżyć z sobą pół wieku. Książka w pewnym sensie jest ich biografią, ale można ją również potraktować jako świadectwo istnienia i hołd dla tego rodzaju miłości, która uzbraja w siłę zdolną do pokonania wszelkich przeciwności, a nawet do odwrócenia losu…

Książka przenosi nas do 1947 roku. Żeby pojąć, czego doświadczyli bohaterowie – trzeba sobie uświadomić, że oboje dopiero przeżyli wojnę,  podczas której każde z nich na swój sposób służyło krajowi. Wiesława działała w konspiracji i była łączniczką między organizacją WRN (Wolność Równość Niepodległość) a Delegaturą Rządu. Jerzy - żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych, brał udział w akcjach dywersyjnych i w powstaniu warszawskim, a po wojnie uczestniczył w zorganizowaniu ucieczki za granicę ostatniego Delegata Rządu na Kraj - Stefana Korbońskiego. W listopadzie 1947 roku Wiesława i Jerzy zostają aresztowani i z zarzutami wrogiej działalności wobec ustroju polskiego – trafiają do stalinowskiego więzienia.




Oboje poddani są wyczerpującym śledztwom, emocjonalnym i psychicznym szantażom. Przez długi czas nie wiedzą jak potoczą się ich losy i na jaką karę zostaną skazani (nie można przecież wykluczyć nawet wyroku śmierci). Ponieważ jednym z najgorszych doświadczeń jest odosobnienie i samotność – Wiesława zaczyna szukać kontaktu z więźniami w sąsiednich celach. Stuka w ścianę posługując się alfabetem Morse’a, odzywa się Jerzy. Tak się poznają. Porozumiewają się najpierw nieśmiało, potem z coraz większą wprawą i ufnością – wreszcie nabierają takiej biegłości, że mogą nie tylko dzielić się zdawkowymi informacjami, ale umilają sobie czas opowiadając treść  filmów i książek. Są dla siebie wsparciem, a już po  kilku miesiącach łączy ich szczególna relacja. Odcięto ich od przeszłości i od świata, żyją w strachu, nie wiedzą jak potoczą się ich losy, ale rzeczywistość jest mniej straszna, gdy tuż za ścianą czuwa osoba, z którą dzieli się wspólne doświadczenia i której można powierzyć wszystkie udręki duszy. Czyż może dziwić, że po kilku miesiącach tak niezwykłej zażyłości – nasi bohaterowie przyrzekają sobie wierność, a przy życiu trzyma ich jedynie wiara we wspólną przyszłość? Skąd mogą wiedzieć, że wkrótce zostaną rozdzieleni i owo oddalenie przyniesie im dopiero prawdziwe piekło próby…

Książka oparta jest wyłącznie na wspomnieniach bohaterów i ich rodzin, na korespondencji i dokumentacji znalezionej w archiwach. Autorki pozwalają bohaterom wypowiadać się we własnym imieniu, narracja jest zwięzła i pozbawiona komentarza. Historia mówi sama za siebie – i właśnie w takiej formie chwyta za serce.

„Krótka historia o długiej miłości” miała swoją premierę w symbolicznym dniu 14 lutego. Ręka do góry – kto jeszcze pamięta, że jeden z najsłynniejszych bestsellerów i melodramatów wszechczasów – „Love Story” Ericha Segala – został również wydany w dniu świętego Walentego, w 1970 roku? To uwaga na marginesie, nie przywołana dla porównania książek, bo są one diametralnie różne. Można jedynie porównać siłę sportretowanego uczucia i determinację bohaterów. Raczej chciałam zwrócić uwagę na to, że świętowanie Dnia Zakochanych przez wydanie dobrej książki ma swoje sympatyczne wydawnicze tradycje… Książka Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze jest naprawdę doskonałą walentynkową propozycją. Opowieść jest niezwykła chociażby z powodu wrażenia, jakie wywołuje. Autorki zadbały, byśmy ani przez chwilę nie zapominali, że historia oparta jest na faktach; z drugiej zaś strony – czujemy, że przedstawiona miłość nie jest zwyczajna, a nasi bohaterowie zmagają się co najmniej z takimi przeciwnościami, jak legendarni kochankowie opiewani w mitach i pieśniach. Srodze się jednak zawiedzie czytelnik, który będzie chciał w tym reportażu doszukać się elementów baśni czy pogodnej powiastki. To wielka pochwała miłości, ale szczerze mówiąc - w książce kryje się również drugie, dosyć mroczne tło. Autorki przywołują fragment naszej współczesnej historii, a to nam przypomina, że nasz naród ma prawdziwie długą i bogatą tradycję w sztuce dzielenia się na antagonistyczne obozy i występowania przeciwko sobie…

Za książkę dziękuje Wydawnictwu:






wtorek, 13 lutego 2018

Quo Vadis, Humanus? „Na wschód od zachodu”, Wojciech Jagielski – recenzja



„Kiedy Brytyjczycy wynieśli się z Indii i przyznali im niepodległość, kaszmirskie domy na wodzie opustoszały na wiele lat. Tym bardziej że wkrótce w Kaszmirze wybuchły rozruchy i wojna, bo wyznający muzułmańską wiarę Kaszmirczycy zażądali niezależności albo przyłączenia do Pakistanu, a indyjskie władze nie chciały się na to zgodzić.
Ale wojenna wrzawa ucichła i po paru latach do Kaszmiru zawitali nowi, pierwsi od czasu Brytyjczyków biali przybysze z Europy. Długowłosi włóczędzy, dzieci kwiaty głoszące miłość, pokój i braterstwo między ludźmi i zapatrzone tak bardzo we własny obraz świata, że prawdziwy obraz życia w tym kaszmirskim zakątku umknął ich uwadze”*

„Nie opowiadaj mi o pokoju, bośmy tu dopiero co nową wojnę mieli, a starsi ludzie jeszcze poprzedniej nie zapomnieli, jeszcze ich straszy po nocach. A i Mahatma nie umarł przecież ze starości, wśród bliskich, otoczony miłością, ale został zabity we własnym domu.  Jaka tam więc z Indii kraina szczęśliwości i pokoju, skoro spływa krwią jak żaden chyba inny kraj na ziemi?”**



Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 304
ISBN: 978-83-240-5333-9


Na wschód od zachodu to książka nie tylko różniąca się od dotychczasowych reportaży Wojciecha Jagielskiego, ale także  jego samego ukazująca w nieco innej perspektywie. Korespondent wojenny (autor Modlitwy za deszcz i Wszystkich wojen Lary) przez wiele lat podróżujący do miejsc ważnych wydarzeń i konfliktów (najczęściej zbrojnych) – musiał już dawno dostrzec, że jego zawodowe ścieżki stale przecinają się bądź pokrywają ze szlakiem ludzi, których w drogę pcha zupełnie odmienna siła. Jagielski wyrusza na wyprawę na wieść o rebeliach, puczach, zamachach i gdy wybucha kolejna wojna; w tym samym czasie - całe rzesze ludzi z Zachodu poszukują na Wschodzie mitycznej Shangri-La, pragną dotrzeć do krainy wiecznej szczęśliwości lub odnaleźć lek na „smutek życia”…

Na wschód od zachodu nie jest zbiorem reportaży, jest raczej opowieścią o tym, jak zmienia się mentalność człowieka, który porzuca zachodni styl życia, wyrusza na Wschód, ale też decyduje się zupełnie poddać wschodniemu rytmowi. Nie każdemu się to udaje. Dzieci kwiaty swego czasu wytyczyły słynny szlak wiodący do Indii i zafascynowały świat nowym stylem życia. Nieprzeliczone tłumy ich naśladowców i następców doprowadziły jednak do wypaczenia pierwotnej idei. Miejsca, do których pielgrzymowali hippisi - dziś zmienione zostały w turystyczne zagłębia. Łatwo można wpaść w pułapkę fałszywych guru i hochsztaplerów; nawet ośrodki, które mają pomagać w duchowym rozwoju – często raczej przypominają zachodnie przedsiębiorstwa nastawione na dochód. Wśród różnych przesłań książki Jagielskiego znajduje się także i to, że podróżnicy udając się na Wschód przyciągnęli Zachód za sobą. Czyż właśnie to najbardziej nie doskwiera Kamal? Dzisiaj prawdziwych poszukiwań duchowych nie realizuje się w sposób,  jaki wymarzyli sobie onegdaj hippisi i podobni im włóczędzy. Tego nie robi się w tłumie. Można próbować odnaleźć swoją drogę jedynie w samotności, indywidualnie. Ale czy owe poszukiwania zakończą się sukcesem? Otóż właśnie pomyślność w tej kwestii nigdy nie była zagwarantowana – ani w erze dzieci kwiatów, ani dzisiaj. Jagielski próbuje dowiedzieć się co osiągnęli (i jaką cenę zapłacili) ludzie z Zachodu, którzy od lat mieszkają w Indiach i zdecydowali się związać swoje losy ze Wschodem na zawsze.

Jagielski najpierw wyjaśnia fenomen wielkiej wędrówki hippisów na Wschód, która przyczyniła się do wytyczenia słynnego „szlaku do Indii”.  Naświetla przyczyny buntu młodych ludzi z Zachodu, którzy masowo zapragnęli zerwać z konsumpcyjnym stylem życia i wybrali włóczęgę. Uświadamia, czego szukali na Wschodzie – wymienia państwa, regiony, nawet ulubione hotele i restauracje dzieci kwiatów. Ukazuje poszczególne etapy ich podróży, a także główne ośrodki w Indiach, które były ich upragnionym celem. Stara się wytłumaczyć jaki jest dzisiaj status podobnych „pielgrzymów” – jak traktowani są przez rdzennych mieszkańców. Jednak hippisi nie są głównymi bohaterami tej książki. Ich ruch, szlak i dzieje są ważnym tłem do właściwej opowieści, w której przyjrzymy się kilku „pielgrzymom” (lub raczej: włóczęgom), którzy zainspirowali Jagielskiego podczas jego podróży. Osoby te przybyły na Wschód przed laty „szlakiem dzieci kwiatów” i tu już pozostały, chociaż niekoniecznie z hippisami się dziś utożsamiają… Jagielski miał okazję pobyć z nimi przez jakiś czas i poznać ich historię.  Z Buddy’m i Eliksirem powłóczył się po pustyni; historię „Świętego” poznał, gdy na wiele dni utknął podczas rozruchów w Delhi. W sposób szczególny jednak przejął się losami Kamal – nie tylko dlatego, że jest rodaczką. Reporter czuje się w pewnym sensie za nią odpowiedzialny, poznał początek jej historii przed laty, gdy jej rodzina zaczęła szykować się do niedoszłej wyprawy ratunkowej… Poznajemy zatem losy grupki osób i staramy się dowiedzieć w jakim stopniu nasi bohaterowie poczuli się częścią Wschodu.

Książka Jagielskiego różni się od dotychczasowych pozycji w jego dorobku pod wieloma względami. Nie tylko dlatego, że tylko dwie pierwsze części mają charakter wyraźnie reportażowy, podczas, gdy trzecia jest bliższa beletrystyce. Zwykle jego książki są plonem reporterskiej misji. Tym razem dziennikarz zbiera materiał cały czas - nie tylko na misjach, ale także pomiędzy nimi, np. w czasie, gdy wypoczywa, czeka na informacje lub na transport. Z jednej strony książka jest opowieścią o niespokojnym świecie i o niespokojnej naturze człowieka, którego w dużej mierze pociąga to, co nieznane, egzotyczne. Autor przygląda się ludziom z Zachodu pielgrzymującym na Wschód i mieszkańcom Wschodu, którzy przyjmują to często ze zdumieniem, bowiem sami uważają, że raju należy szukać na Zachodzie. Korespondent trafia do miejsc dotkniętych konfliktami – gdzie spotyka wędrowców, którzy w tym samym rejonie szukają pokoju… Na tych paradoksach Jagielski zbudował swoją książkę.

Pisząc Na wschód od zachodu pisarz nie ograniczył się do roli obserwatora,  zaangażował się osobiście w analizowany materiał. Czytelnik z łatwością zauważy, że Jagielski jest jednym z bohaterów swojej opowieści –  sam przecież już dawno musiał stać się jednym z „ludzi drogi” i tak jak oni – podlega już nieodwracalnym procesom,  zapewne utknął między światami… Nie bez przyczyny w pierwszej części poznajemy opowieść o (pozornie) nieudanej przeprawie przez pustynię. W pewnym sensie stanowi ona myśl przewodnią utworu – autor bowiem uzmysławia, że nawet, jeśli upragnione miejsce przeznaczenia jest nieosiągalne, to dużo ważniejsza od samego celu podróży - jest droga do niego.


* "Na wschód od zachodu", W. Jagielski, Znak 2018, str. 131
** Tamże, str. 99

                                                                                                                                                                  
Za książkę dziękuję Wydawnictwu:




piątek, 9 lutego 2018

Rozrywka. Romans z historią. Refleksja – Powieściowy debiut Macieja Siembiedy



444 – jest powieściowym debiutem, chociaż jej autor – nie jest debiutantem; jest trzykrotnym  laureatem Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (tzw. „polskiego Pulitzera”). Publikował teksty w Polityce i paryskiej Kulturze, przez wiele lat prowadził dziennikarskie śledztwa historyczne i właśnie jednej ze swoich dawnych spraw poświęcił swoją powieść.



Pomysł, by Chrzest Warneńczyka uczynić axis mundi powieściowego uniwersum – jest niezwykle ciekawy, tym bardziej, że jego faktyczne losy były sensacyjne. Obraz został namalowany przez Jana Matejkę w 1881, był własnością rodziny Głębockich z Wołynia, przed wojną jednak zniknął z depozytu. Pojawia się później w różnych miejscach i okresach; wpada m.in. w ręce nazisty – kolekcjonera sztuki i zbrodniarza wojennego, a po wojnie oficjalnie zostaje przez państwo polskie uznany za stracony. W pewnym momencie jednak dzieło Matejki w tajemniczych okolicznościach powraca do Polski. Jest własnością Muzeum Narodowego w Warszawie.

Maciej Siembieda wykorzystał sensacyjne wątki dotyczące perypetii obrazu, dodał zręczną intrygę i stworzył książkę, która stanowi udaną mieszankę gatunkową (z wątkami kryminalnymi, sensacyjnymi i historycznymi, niepozbawioną humoru oraz głębszego przesłania). Powieść bywa porównywana do Kodu Leonarda da Vinci Dana Browna, ponieważ Maciej Siembieda użył podobnego klucza – do rozwiązania zagadki konieczne jest rozszyfrowanie „kodu Jana Matejki”. Autor – podobnie jak Dan Brown wykorzystując teorię spisku – uznał, że Chrzest Warneńczyka kryje w sobie tajemnicę, a ściślej mówiąc – przepowiednię, która może okazać się zagrożeniem lub ratunkiem dla dwóch ważnych światowych religii: dla chrześcijaństwa i islamu. Pamiętajmy jednak, że tylko pomysł opowiedzenia treści jest zainspirowany książką Brawna. Maciej Siembieda przede wszystkim ma do zaoferowania swoją własną i całkowicie oryginalną historię i swój specyficzny obraz świata.


Książka zapewnia rozrywkę, a jednocześnie skłania do refleksji. Przypadnie do gustu czytelnikom, którzy lubią zwarte rozdziały i dynamiczną akcję, ale którzy jednocześnie nie będą mieli nic przeciwko krótkim, aczkolwiek licznym wypadom w przeszłość. Autor swobodnie czuje się w nowym dla siebie gatunku, bawi się konwencją i wykorzystuje (z pewnością niejednokrotnie nagina) fakty na potrzeby opowieści i trzeba to przyznać z uznaniem – zręcznie zaciera ślady granic fikcji. Wprowadza całkiem sporo postaci historycznych i fikcyjnych, a nie wywołuje chaosu. Na wzmiankę zasługuje zwłaszcza postać nieco drugoplanowa (autystyczny, ale niezawodny ojciec młodego prokuratora), która chyba nawet jest bardziej przekonująca od głównego bohatera. Powieściowy detektyw jest może nieco sztampowy, ale ponieważ obserwowanie jego spraw zawodowych i osobistych sprawia frajdę, treść jest pochłaniająca, a sam autor obiecuje, że chowa w zanadrzu jeszcze niejedną równie interesującą sprawę (i dotrzymuje obietnicy, ponieważ już ukazała się zapowiedź kolejnej książki: Miejsce i imię) – więc z niecierpliwością oczekuję kolejnego spotkania z sympatycznym Jakubem Kanią.


Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 560
ISBN: 978-83-8032-162-5



czwartek, 25 stycznia 2018

Taka piękna tragedia, czyli czeski „Amarcord” - „Nad piękną modrą Dřevnicą”, Antonín Bajaja /recenzja/



„Droga Jeanne. Wczoraj widziałem Amarcord. Zręczny montaż. Federico Fellini zrobił na mnie wrażenie, może nawet mnie uwznioślił. Wzbudził we mnie coś w rodzaju świętego zapału, z jakim śpiewaliśmy pieśni maryjne na nabożeństwach majowych albo z dziadkiem Knapkiem (…), czy też z naszą nauczycielką rosyjskiego Lubow Ordeltovą Wstawaj, strana agromnaja, na smiertnyj boj… Wciąż słyszę muzykę, która towarzyszy napisom. Skomponował ją Nino Rota. Nadaje się do tańca, a jednocześnie jest jakby rozmarzona. Po wierzchu żywiołowa i figlarna, w głębi zmysłowa, na samym dnie wyczuwam smutek… Jakieś przeczucie?”

„(…)Takie  kawałki roztrzaskanej całości. Tym cenniejsze, że dziadek i babcia powierzyli nam je dopiero po wielu latach po lutowym przewrocie, kiedy komuniści skonfiskowali im majątek i wygnali ich ze Zlína. Strzępki zdarzeń opowiadanych bez emocji, czasem z nutą komizmu. Tak sobie wyobrażam ocaloną godność” – fragmenty książki


Tłumacz: Dorota Dobrew
Liczba stron: 556
Wydawca: Książkowe Klimaty
Seria: Czeskie Klimaty
Data wydania: listopad 2017



Dřevnica - to rzeka przepływającą przez Zlín, miasto w Czechach na wschodnich Morawach. Zdanie to nasuwa się automatycznie, bo przecież tytuł wymaga paru słów wytłumaczenia, aczkolwiek nie oddaje, nawet nie nawiązuje do klimatu książki. Lepiej byłoby powiedzieć:  Dřevnica - to rzeka przepływającą przez Zlín, ale przez Zlín dzisiaj już nieistniejący, niemal mitycznymiasto dzieciństwa autoraZdanie w nowej wersji jest bliższe prawdy, ale jeszcze nie oddaje wielowarstwowości książki, która jest pozycją autobiograficzno-wspomnieniową, ale autor przecież nie ogranicza się wyłącznie do ukazania swojej przeszłości i sportretowania najbliższych ludzi.  Ta opowieść ma głębsze dno. Antonín Bajaja może wspominać swoje dzieciństwo z uśmiechem i nutą sentymentu. Dopiero jako dorosły człowiek zrozumiał w jak dramatycznych i niespokojnych czasach ono wypadło; pojął jakie prześladowania dotknęły jego rodziców (a zwłaszcza dziadków) i jakie tragedie spotkały niemal wszystkich przyjaciół rodziny i całe sąsiedztwo. Zrozumiał także, że tylko  mądrości i miłości swoich najbliższych zawdzięcza to, że w ogóle dane mu było zwyczajne dzieciństwo, z którego mógł zachować niewinne (niezasnute czarnymi chmurami) wspomnienia. Jego książka jest zatem podziękowaniem i hołdem dla rodziny, ale  jest równocześnie świadectwem odchodzenia pewnej epoki. Jest barwnym freskiem społecznym – obrazem ludzi, którzy wypełniali świat jego dzieciństwa - portretem zlínskiej elity – tej grupy społecznej, która ucierpiała, gdy  po przewrocie lutowym władze komunistyczne postanowiły „oczyścić społeczeństwo z burżuazji”…

Dodatkowym smaczkiem powieści jest miejsce jej akcji. Pewnie w pierwszej chwili nic nam ono nie wówi, ale wystarczy poszperać w sieci, by przekonać się, że Zlín nie jest zwyczajnym miastem na prowincji i że przed wojną staowił imperium przedsiębiorcy - Tomáša Baťy1 - magnata przemysłowego, geniusza i wizjonera (zwanego królem butów, niekoronowanym królem moraw, a nawet Henry'm Fordem Europy). Tomáš Bat'a zasłynął jako geniusz handlowy i organizacyjny, ale sławę również przyniosło mu promowanie kapitalizmu z ludzką twarząZlín jest wybudowany według jego wizji i w zasadzie do dziś w całości stanowi pomnik jego geniuszu.  Tomáš Bat'a nie jest bohaterem książki, ale jego duch niewątpliwie się nad nią unosi. Antonín Bajaja jakoś nawet specjalnie do niego nie nawiązuje, jeśli już - robi to mimochodem (nie musi niczego tłumaczyć, jego rodacy w lot pojmują aluzje), natomiast polski czytelnik łatwo może dotrzeć do informacji. Nie jest to niezbędne, ale ubarwia powieść i pogłębia refleksje. Czyż nie pozwoli wychwycić  smutnej aluzji, gdy autor pisze o tęsknocie zlínskiej społeczności za „komunizmem z ludzką twarzą”?

Książka należy do tych, przy których brniemy przez początek, by wdrożyć się w rytm i specyficzną narrację, by za chwilę już wciągnąć się tak głęboko, że nie możemy (i nie chcemy) o niej zapomnieć, mimo iż dawno zamknęliśmy ostatni rozdział… Utwór jest i zarazem nie jest typową powieścią epistolarną; przekonujemy się, że w pewnym sensie stanowi barwny kolaż złożony nie tylko z listów. Rozdziały faktycznie przyjęły formę listów do siostry, ale mamy świadomość, że tylko część z nich jest „autentyczna” i pochodzi z przeszłości – i zapewne ta część zainspirowała autora do napisania książki - dała mu narzędzie służące nie tylko do opowiedzenia, ale również do okiełznania jego historii. Decyzja o napisaniu książki w formie listów (czy też stylizowanych listów) pozwoliła autorowi wprowadzić familiarny ton, ale również zrezygnować z chronologii i linearnego sposobu opowiadania. Wiadomo – wspomnienia rządzą się własnymi prawami, więc pamięć autora meandruje swobodnie, a wydarzenia zestawiane są przeważnie nie według dat, lecz według skojarzeń.  Z jednej strony powoduje to, że trzeba czytać uważnie, bo narracja jest porwana (autor skacze w czasie, czasem wtrąca  jakiś wiersz lub fragmenty filmu). Z drugiej strony – ten styl nie powoduje szczególnego chaosu. Spokojnie sobie dryfujemy wraz z fabułą, nasi bohaterowie raz są nieco starsi, to młodsi, ale w niczym nie wpływa to na logikę wydarzeń;  a to, że zobaczymy najpierw toaletę spacerową wdowy sędziny Linhartovej, w niczym nie koliduje, by stać się za chwilę świadkiem jej popisów wokalnych na jakimś raucie lub pląsów na lodowisku – w towarzystwie nikogo innego, tylko  jej dumnego małżonka – sędziego Linharta... Podobne przeskoki w czasie pozwalają przyjrzeć się poszczególnym postaciom, przekonać się jakie życie prowadzili przed lutowym przewrotem i jaka przyszłość i czeka w komunistycznej rzeczywistości.

Książka bywa porównywana do filmu Amarcord z 1973 roku i to odniesienie narzuca się samo, ponieważ autor wielokrotnie do dzieła Felliniego nawiązuje, korzysta nawet z jego oryginalnych rozwiązań (m.in. ze sposobu „montażu" kolejnych scen, z jego przesłania i ze sposobu przedstawienia całej opowieści), a przede wszystkim trzeba podkreślić, że emocje pisarza często po prostu współgrają z wrażliwością Felliniego. Książka jest opowiedziana tak jak Amarcord i jest hołdem dla reżysera. W dialekcie rzymskim słowo „amarcord" znaczy: pamiętam" lub „przypominam sobie", a przecież książka Bajaji jest zrodzona z tej samej potrzeby. 

W tym miejscu należy wspomnieć o kolejnym atucie powieści - o niezwykle plastycznym, często poetyckim języku i o umiejętności budowania przez autora niemal gotowych filmowych scen. Owe sceny są tak dopieszczone - tworzą zamknięte całości, że można by je wyjąć" z powieści i umieścić w tomiku opowiadań. Czytając je, mamy wrażenie, że oglądamy film. Niektóre z nich są żywiołowe i dynamiczne (w filmie zostałyby zrealizowane bardzo krótkimi ujęciami bądź kamera kręciłaby się wokół własnej osi, rejestrując świat pędzący w szalonym tempie wokół niej; tak wydaje się  „zmontowana" scena procesji i rewelacyjny obraz dzieci na odpuście. Drugi rodzaj scen jest bardziej statyczny (przypomina ujęcia szerokokątną kamerą, rejestrującą mnóstwo szczegółów) i służy stworzeniu zbiorowego portretu bohaterów książki - np. obraz zlínskiego towarzystwa zgromadzonego w ogrodzie dla uczczenia ukazania się zorzy polarnej i wydarzenia na lodowisku. Te obrazy (opowiadania) służą ukazaniu nastrojów społecznych. Epizod z pękniętym lodem dodatkowo naładowany jest symbolizmem, ponieważ wieszczy w pewnym sensie pęknięcie" w społeczeństwie.

Książka powinna spodobać się wielbicielom Hrabala i książki Taka piękna żałoba, ponieważ Antonín Bajaja stworzył podobny klimat i opisał wspomnienia i obrazy, które nosi w sobie i które się wraz z nim nie starzeją (świat przedstawiony z perspektywy uroczych i przedsiębiorczych urwisów jest niezapomniany). Z drugiej jednak strony - Bajaja poszedł krok dalej, ponieważ sednem książki nie byo wyłącznie odtworzenie magii dzieciństwa, ale ukazanie pewnego procesu. Autor zestawia przez cały czas dzieciństwo z okresem późniejszym, a więc w kulminacyjnym momencie nasz bohater dorasta i dojrzewa do zmierzenia się z rzeczywistością. A także do opowiedzenia się po właściwej stronie…

Nad piękną modrą Dřevnicą -  jest nie tylko książką wspomnieniową pełną wybornych portretów i skarbnicą anegdotTo opowieść o czułej mądrości i poświęceniu, o rodzicielskiej miłości, która otacza kloszem, a jednocześnie niczego nie narzuca, nie wymusza i pozwala uczyć się na błędach. Opowieść o rodzinnych legendach, które pozwalają przetrwać najgorsze chwile, o ludziach, z którymi odczuwało się wspólnotę (w czasach gdy żyło się z ludźmi, a nie obok nich)  i o uzdrawiającej mocy śmiechu, bo wyczucie komizmu jest czasem jedynym orężem i pozwala uratować z opresji to, co najważniejsze - dumę. Co ważne – książka dostarcza wzruszeń, gdy opowiada o „sprawach małych”, ale nie epatuje patosem, gdy porusza „sprawy wielkie”. Ale taka już jest specyfika typowego, legendarnego  czeskiego poczucia humoru.

Książkę polecam zwłaszcza osobom, które lubią literackie wyzwania.



Książka przeczytana dzięki: Legimi.pl






1. Tomáš Baťa (1876-1932) czeski przemysłowiec, założyciel przedsiębiorstwa Bat’a.  Urodził się w rodzinie tradycyjnie zajmującej się szewstwem. W roku 1894 (wraz z rodzeństwem) założył przedsiębiorstwo produkujące obuwie. W celu poznania nowych technologii odbył podróż do USA, gdzie zatrudnił się w jednej z fabryk. Po powrocie wyposażył swoją fabrykę w maszyny i rozpoczął produkcję masową. Podczas I WŚ, dzięki zamówieniom austriackiej armii, nastąpił szybki rozwój przedsiębiorstwa, a w roku 1925 zatrudniał 5200 pracowników i zaczął wkraczać ze swoim towarem na rynki międzynarodowe. W 1931 przedsiębiorstwo stało się spółką akcyjną, Bat’a zaczął inwestować w przemysł budowlany, tekstylny, maszynowy, taboru kolejowego, lotniczy, papierniczy, chemiczny, bawełniany, rolnictwo, leśnictwo i w plantacje kauczuku. /na podstawie Wikipedii/

niedziela, 14 stycznia 2018

Obłaskawianie rzeczywistości - "Rzeczy, których nie wyrzuciłem", Marcin Wicha /recenzja/


Rok wydania: 2017
Ilość stron: 198


Rzeczy, których nie wyrzuciłem to osobisty tomik, który jest hołdem dla zmarłej Matki. Autor ilustruje swoje relacje z Matką, a jednocześnie się z nią żegna. Wspomnienie o Niej miało pomóc w dojściu do ładu z poczuciem straty, ale jak wynika z treści książki – spełniło również inne funkcje. Ponieważ w całej lawinie przedmiotów, które pozostały po Matce (i którymi trzeba jakoś rozdysponować) brakuje Jej fotografii - książka stanowi w pewnym sensie zadośćuczynienie w tym względzie, uzupełnia rodzinny album o jej portret. Zadanie nie było łatwe. Autor mógł o Matce napisać wyłącznie w szczególny sposób. Książka jest poświęcona osobie, która była wyczulona na precyzję języka. I nie mam na myśli wyłącznie formy. Bohaterka książki od zawsze była rzeczniczką prawdy, także tej niewygodnej (nawet w czasach, gdy mówienie wprost nie było całkiem bezpieczne), więc jeżeli autor chciał, by duch Jego Matki unosił się nad książką – musiał podporządkować się Jej zasadom i nazywać rzeczy po imieniu. Zapewne dlatego jesteśmy świadkami nie tylko rodzinnych historii i anegdot, ale również zaskakująco intymnej sceny finalnej.

Narrator opisuje bolesne i niewdzięczne zadanie. Musi uprzątnąć mieszkanie z pamiątek po Matce i począć coś z jej osobistymi rzeczami. Ale najpierw, póki jeszcze wszystkie przedmioty tkwią na swoim miejscu, dopóki tworzą znajomą konstelację – spogląda na nie po raz ostatni. Stanowią przecież swoistą mapę wspomnień, opowiadają nie tylko o Matce i Ojcu, świadczą również o świecie, który ukształtował autora. Książka Wichy to szkatułka - podczas lektury otwieramy przegródki, w których ukryte są rozmaite wspomnienia. W jednej z wielu skrytek – wyborny opis biblioteki Rodziców. To w zasadzie esej o książkach i księgozbiorach, o okolicznościach ich zdobywania. Esej jest wielowarstwowy (i to dosłownie), bo autor przekopuje się przez półki i brnie przez serie i kolekcje, jak  przez geologiczne warstwy ziemi – opowiada ze swadą o „epokach” wydawanych książek, uczy je rozpoznawać nie tylko po tytułach, ale również według rodzaju papieru i wzornictwa. Pochyla się również (w roli dociekliwego recenzenta-detektywa i demaskatora) nad ulubioną lekturą Matki...  

Książka Marcina Wichy oferuje o wiele więcej, niż możemy się spodziewać po jej niewielkich rozmiarach. Nie jest przegadana, bo autor zna wagę słów. Nie jest skupiona wyłącznie na jednym temacie, ponieważ autorowi udało się stworzyć nie tylko portret Matki i kronikę rodzinną, ale również portret pokolenia, któremu przyszło mierzyć się z powojenną traumą. Książka utrzymana jest w stylu gawędziarskim, a wśród opowiastek rodzinnych i rozmaitych refleksji ukryte jest przesłanie o sile kryjącej się w umiejętności ubierania swoich wrażeń w słowa i o sztuce wyrażania (umiejętności opisania) rzeczywistości.  Autor wyniósł ze swego domu przekonanie, że biegłość posługiwania się słowami – to „tarcza” , a jednocześnie „sposób” na okiełznanie świata. Zatem książka Rzeczy, których nie wyrzuciłem – jest „okiełznaniem” żałoby, ale specyficznym, przedstawionym bez sentymentalizmu i bez eufemizmów. I co ważne – bez żałobnego tonu. Wręcz przeciwnie, narracja niepozbawiona jest poczucia humoru*. Ze wspomnień Wichy sączy się jakiś spokój i pokrzepiające spojrzenie w przyszłość. Jakaś wewnętrzną pewność i nakaz, że mimo dramatów (osobistych i narodowych) trzeba iść naprzód, bo życie przypomina balladę Okudżawy. „Co było nie wróci…” śpiewa bard. Ale już w pełnym cudownej magii zakończeniu - obiecuje (bądź wieszczy), że marzenia mają moc sprawczą i że jeśli nie za chwilę i nie od razu, to przecież „już jutro wydarzy się coś**


* „Przez całe lata chciała nabyć bardzo specjalny odkurzacz.Odkurzacz kosztował majątek. Nie sprzedawali go w sklepach. Odkurzacz miał swoich wyznawców, którzy jak świadkowie Jehowy krążyli po domach" - fragm. książki Rzeczy, których nie wyrzuciłem
** Bułat Okudżawa, Aleksander Siergiejewicz Puszkin

9 stycznia br. Marcin Wicha otrzymał Paszport Polityki. Rzeczy, których nie wyrzuciłem nagrodono za „oszczędność języka i bogactwo książki, która mówi o rzeczach najważniejszych: o żałobie, rodzinie, o Polsce i przede wszystkim o słowach i milczeniu”. 



Przeczytane dzięki: Legimi.pl


sobota, 6 stycznia 2018

W PIEKLE WSPOMNIEŃ – „Żar”, Sándor Márai - recenzja




Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumaczenie: Feliks Netz
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 168


„Żar” – to jedna z najsłynniejszych książek węgierskiego pisarza Sándora Máraiego. Zarzucano jej w przeszłości chyba wszystko: teatralność, patos, egzaltację, nadmierne filozofowanie i sentymentalizm, w dodatku autor oparł historię na jednym z najbardziej wyświechtanych motywów literackich. Dziś bez trudu wyłuskamy wszystkie wymienione cechy; rzecz w tym, że jakoś jednak trudno uznać je za słabe strony utworu. Raczej trzeba przyznać z podziwem, że właśnie szczypta tego wszystkiego dała taką kompozycję atmosfery i stylu, że powieść, mimo upływu siedemdziesięciu lat od jej powstania, nie straciła swojej siły rażenia. Autor w pięknym stylu nawiązał do tragedii zemsty (którą do perfekcji opanował Szekspir w Hamlecie), zmusił czytelnika do śledzenia akcji z napięciem godnym dobrze skostruowanego thillera, a magię i tajemniczość jeszcze podkręcił odpowiednią grą niedopowiedzeń. „Żar” nie jest książką dla wielbicieli zawrotnego tempa akcji, a jednak urok z wolna konstruowanej układanki, a zwłaszcza klimat i nastrój (ta wisząca w powietrzu burza, drżące światło sączące się ze świec, dom wypełniony duchami przeszłości i głos starca wydobywający się z mroku – z mroku salonu, ale i z mroku dziejów) powoduje, że powieść jest hipnotyzująca.

Fabuła jest na pozór prosta, to kameralny dramat rozgrywający się między dwójką bohaterów. Miejsce akcji: (tylko pozornie) pałac Generała. Czas akcji: niecała doba (znowu pozornie, ponieważ przyjdzie nam nie tylko przenieść się w czasie, ale również zmienić epokę). W rolach głównych: Generał i Konrad – towarzysze broni, których połączyła przysłowiowa przyjaźń na śmierć i życie. (Generał ma na imię Henryk, ale jakoś nie mogę się przemóc, by tytułować go inaczej, niż oficjalnie). W dramacie występuje jeszcze jedna niezwykle ważna postać: Krystyna. To żona Generała, nieżyjąca już od wielu lat, ale dzisiejszej nocy będzie niemal fizycznie obecna (zupełnie jak Rebecca, tytułowa bohaterka książki Daphne du Maurier).

Generał jest samotnikiem i odludkiem, który nie udziela się towarzysko, ale kiedy otrzymuje wiadomość o przyjeździe byłego przyjaciela, który kilka dziesięcioleci spędził za granicą – błyskawicznie podejmuje decyzję, by go ugościć. Wydawać by się mogło, że nie ma nic naturalniejszego w świecie… To jednak nie będzie zwyczajna wizyta. Bardzo szybko przekonamy się, że cała sytuacja nie jest zwyczajna. Wysyłając powóz po swojego gościa – gospodarz nie tylko robi wyłom w swojej rutynie – okazuje się, że nasz Generał przez długie lata nie robił nic innego i o niczym innym nie myślał – tylko przygotowywał się właśnie do tego spotkania. Ba!, wyreżyserował je w najdrobniejszym szczególe… Nie możemy powiedzieć, że gość zjawia się nieoczekiwanie, co to, to nie! Ten szczególny gość jest wyczekiwany dokładnie od czterdziestu jeden lat. Wkrótce rówież przekonamy się, że dom Generała to nie pałac. To szczególnego rodzaju...skansen.

Dlaczego zjawia się Konrad i czego chce od niego Generał? Domyślamy się, oczywiście od samego początku, a jednocześnie obserwowanie docierania do sedna stanowi największą przyjemność lektury, więc nie zamierzam całkowicie psuć zabawy. Jesteśmy zaproszeni do domu pełnego duchów przeszłości i do stołu Generała, więc przez kilka godzin (przyjęcie przeciąga się do świtu) będziemy świadkami dziwnego i pełnego napięcia spektaklu, który po trosze jest zwyczajną kolacją, a po trosze przedstawieniem (a może raczej eksperymentem procesowym, a nawet rozprawą sądową?)... Generał sprawia, że przenosimy się w odległą przeszłość, poznajemy relacje naszych bohaterów, a także wydarzenia, które odmieniły ich losy. Gospodarz hipnotyzuje swoją opowieścią, a jego gładkie słowa i maniery mają zamaskować misternie tkaną pajęczą sieć… Wkrótce już sami będziemy gotowi, by wydać wyrok. Ale czy rzeczywiście? Kogo (i co) tak naprawdę osądzamy?

Fenomen tego utworu polega m.in. na tym, że autorowi udało się uchwycić wydarzenia w dwóch warstwach – zewnętrznej i wewnętrznej, a ich zestawienie jest piorunujące. W zasadzie oglądamy dwa różne spektakle. W jednym, tym zewnętrznym – toczy się gładka rozmowa, oglądamy dwójkę byłych przyjaciół/rywali, którzy zakładają światowe maski i przesadnie wręcz dbają, by w najmniejszym stopniu nie uchybić prawu gościnności i zasadom savoir vivre’u. Po tym, co się wydarzyło w przeszłości ta wystudiowana uprzejmość wydaje się wręcz nieludzka. Drugi spektakl – ten, który jest zaledwie delikatnie zasugerowany (a który przecież pulsuje z tym większą siłą) – jest w zasadzie zaprzeczeniem pierwszego. Tu nie ma miejsca na maski i pozory. Wewnętrzna warstwa pozwala nam zobaczyć i odczuć kumulujące się emocje naszych bohaterów.

Książka Sándora Máraiego to literacka perełka i majstersztyk. Fabuła jest pozornie prosta, a przecież dość przewrotna. Nie dziwią nawet nierówno nakreślone postaci bohaterów. Cóż dziwnego, że najlepiej poznajemy Generała (jego gość staje się coraz bardziej enigmatyczny, z czasem także blednie sylwetka Krystyny). Przecież relację poznajemy wyłącznie z jednej strony, a Generał jest tak bardzo skupiony na sobie! A zakończenie? Jest zasugerowane od samego początku, a jednak wprawia w konsternację. Po przemyśleniu nie możemy jednak nie przyznać, że w gruncie rzeczy… Generał po prostu zrobił dokładnie to samo, co Konrad… Zakończenie nie będzie jedynym powodem do rozmyślań, bo przecież musimy jeszcze odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Co z żoną Generała? Kto z całej trójki postąpił najbardziej okrutnie? A co ze zbrodnią? Była czy jej nie było? I czym tak naprawdę jest tytułowy „żar”? Czy tylko resztkami dogasającego ognia w kominku, w którym tlą się szczątki starego pamiętnika? Spopieloną pozostałością po przyjaźni? A może jest jedynym  paliwem człowieka, który przez połowę swego życia pragnie „zemsty” lub tylko „prawdy” (chociaż w tym wypadku to synonimy)? I o czym naprawdę jest ta książka? Opowieścią o zdradzonej przyjaźni? Nostalgią za upadłym imperium? A może jednak - historią odbierającej chęć życia i wypalającej do cna obsesji?




Przeczytane dzięki: Legimi.pl






czwartek, 28 grudnia 2017

Obrona Szostakowicza. "Zgiełk czasu" Julian Barnes - recenzja



„Sztuka to szept historii, który wzbija się ponad zgiełk czasu”

„Sarkazm był niebezpieczny dla tego, kto go stosował: dawało się nim rozpoznać język szkodnika i sabotażysty. Ale ironia (…) pozwala zachować to, co cenne, nawet wtedy, gdy zgiełk czasów stawał się tak głośny, że wybijał szyby w oknach”

„W stalinowskiej Rosji były tylko dwa rodzaje kompozytorów: żywi zastraszeni oraz martwi”

- fragmenty powieści Zgiełk czasu


Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Dominika Lewandowska-Nowak
Liczba stron: 224
ISBN: 978-83-8031-587-7



Julian Barnes – współczesny pisarz uznany za czołowego brytyjskiego postmodernistę – dzisiaj coraz mniej eksperymentuje z formą, natomiast nie tylko nie rezygnuje ze swej typowej „barnesowskiej ironii”, raczej posługiwanie się nią doprowadza do mistrzostwa. Ironia stała się częścią jego literackiej natury, jest więc jedną z rozpoznawalnych cech jego stylu, a zarazem pisarz uczynił z niej integralną część opowiadanych historii. Ironia jest duchem jego opowieści. Poczucie kresu (nagrodzona Bookerem w 2011 roku) - to książka o ironii losu. W najnowszej powieści  – ironia została wykorzystana jeszcze inaczej – jest kluczem do zrozumienia fenomenu wybitnego twórcy. Zgiełk czasu jest historią kompozytora żyjącego w czasach stalinowskiego terroru, który z ironii uczynił swoją tarczę ochronną:  za jej pomocą okpił władzę i uratował swoją sztukę. Tym kompozytorem jest Dymitr Szostakowicz. Julian Barnes stworzył fikcyjny dziennik genialnego twórcy, by uzmysłowić co dzieje się w sytuacji, gdy artysta (doskonale świadomy swojej misji) staje się zakładnikiem swoich czasów, a Sztuka spotyka się z Tyranią.

Dymitr Szostakowicz to jeden z najwybitniejszych rosyjskich twórców XX wieku, który przez lata wzbudzał (i nadal wzbudza) skrajne emocje. Dla jednych jest kompozytorem, który pozwolił wykorzystać siebie i swoją muzykę do celów ideowo-programowych, dla innych – pozostaje symbolem artysty, któremu sowiecki system nie zdołał złamać ducha. Julian Barnes oparł swoją książkę na tych sprzecznościach. Uwięził czytelnika w umyśle Szostakowicza, dzięki czemu poznajemy nie tylko jego biografię, ale przede wszystkim jego wewnętrzną walkę wynikającą ze strachu o życie i z poczucia misji, do której był powołany. W pewnym sensie książka jest spowiedzią człowieka, który w końcu się złamał - jednak nigdy nie zdradził swojej sztuki. To także obraz przerażającej epoki i studium człowieka zniewolonego, który próbuje ocalić resztki godności, aż w końcu przestaje mieć nadzieję, że koszmar kiedykolwiek się skończy.

Książka nie jest napisana w formie klasycznego dziennika, w swojej konstrukcji raczej przypomina dramat – sztukę w trzech aktach (a może raczej budowę klasycznego koncertu). Poznajemy artystę w trzech okresach jego życia, w trzech epizodach, nawet w równo od siebie oddzielonych interwałach. Każda z części to niemal klaustrofobiczna scena: pod windą, w samolocie i w samochodzie. W każdej z nich przyglądamy się Szostakowiczowi w skrajnie trudnych dla niego momentach. To tego typu chwile, w których przesuwa się człowiekowi całe życie przed oczami, gdy dokonuje on swoistego rozrachunku. Oto trzydziestoletni kompozytor (u szczytu kariery), którego życie legło w gruzach, ponieważ publiczne potępienie jego dzieła przez towarzysza Stalina może oznaczać wyrok śmierci. Długa jest droga do rehabilitacji i wiele czasu upłynie, zanim artysta i jego rodzina będą mogli zasnąć bez lęku. Kolejna odsłona – Szostakowicz naraża się systemowi, gdy bierze udział w Pokojowym Kongresie w U.S.A. i odnosi niezamierzony sukces za żelazną kurtyną; a przecież jego zadaniem było reprezentowanie myśli sowieckiej, a nie promocja własnej osoby. Ludzie w stalinowskiej Rosji oddawali życie za bardziej błahe przewinienia. I wreszcie – w trzeciej części przyglądamy się artyście, który nie obawia się już o życie, ale jest świadomy, że popełnił „moralne samobójstwo". Jest to obraz człowieka, który dożył czasów odwilży tylko po to, by przekonać się, że władza, co prawda, nie szantażuje śmiercią, ale dając pozory większej swobody i wolności – potrafi jeszcze mocniej upodlić.  

Dzięki błyskotliwemu stylowi Barnesa - jego książka, mimo minorowej tematyki, nie jest przytłaczająca ani ponura. Opowiedziana jest w sposób oryginalny: opowieść stanowi po trosze dziennik i monolog wewnętrzny głównego bohatera. Jeśli się zastanowić, to dojdziemy do wniosku, że historia zna analogiczne sytuacje i utwory. W podobnym zamierzeniu przecież powstała  Obrona Sokratesa. Nie o formę, rzecz jasna, tu chodzi, lecz o koncept. Dzieło Platona jest rzekomą relacją z autentycznego przebiegu mowy obronnej podczas procesu, ale równie dobrze możemy potraktować ją jako kreację literacką - monolog wewnętrzny Sokratesa zbudowany z zapamiętanych fragmentów mowy obronnej, a może w ogóle tylko z dobrze przecież znanych Platonowi poglądów i perypetii swego wielkiego nauczyciela. Tak czy inaczej – Obrona Sokratesa – jest hołdem i kunsztowną argumentacją przeprowadzoną dla zrehabilitowania Mistrza. Dokładnie taką samą rolę pełni Zgiełk czasu Juliana Barnesa, przy czym Platon odlał posąg ze spiżu, Barnes zaś nie miał zamiaru wynosić swojego bohatera na piedestał.



Przeczytane dzięki: Legimi.pl